Wyprawy ułożone według krajów — każdy kraj skrywa listę miejsc które odwiedziliśmy. Kliknij kraj żeby rozwinąć.
Circuit Trek
Odliczanie do wylotu · 01 maja 2026, godz. 12:35 · Warsaw Modlin
Trolltunga nas zahartowała — lodowaty wiatr szarpał kurtkami, nogi odmawiały posłuszeństwa po ósmej godzinie wspinaczki, a gdy stanęliśmy na krawędzi skały nad fiordem — zabrakło słów. Tylko my dwoje i bezkres Norwegii pod nami. Tromso pokazało nam zorze polarne tańczące nad czarnym niebem Arktyki, tak bliskie że chciało się wyciągnąć rękę.
A potem była Gruzja — i to ona zabrała nasze serca najbardziej. Wieczory przy kieliszku głębokiego Saperavi, kiedy rozmowy ciągną się do późnej nocy przy migoczących świecach. Chaczapuri prosto z kamiennego pieca, zjedzone na progu gospody gdzieś w górach. I ludzie — przypadkowo poznani na szlaku, którzy przy trzecim winie przestają być obcymi i stają się częścią historii którą razem piszemy.
Bo właśnie o to chodzi. Nie tylko o szczyty i widoki — ale o to co dzieje się między nami kiedy świat jest wielki a my jesteśmy mali. O spojrzenia wymieniane bez słów gdy coś jest zbyt piękne żeby opisać. O trzymanie się za rękę na grani kiedy wieje.
Teraz lecimy do Nepalu. Annapurna czeka. I wiemy już jedno — dopóki jest nas dwoje i są góry — nie możemy przestać.
Szczere relacje, bez filtrów. Piszę o tym co widzę, czuję i czego nie rozumiem.
Podróżujemy razem odkąd pamiętamy. Zaczęło się od plecaka i Norwegii — fiordów, mrozu i widoku który odbiera mowę.
Ten blog to nasz wspólny pamiętnik. Surowy, szczery, bez filtrów. Piszemy o tym co widzimy, czujemy i czego nie rozumiemy. Podróżowanie nauczyło nas pokory wobec świata — i wobec siebie nawzajem.
Na co dzień: fotograf i pisarka. Wieczni nieosiadli.
Nikt ci nie mówi całej prawdy o Trolltundze. Mówią — piękna. Mówią — warto. Nie mówią, że będziesz szedł przez śnieg w lipcowym upale, brodził w lodowatych potokach i jadł budyń z musli na krawędzi przepaści. A potem rozbił namiot nad samym Językiem i nie zasnął, bo widok był zbyt dobry na spanie.
Ruszyliśmy z parkingu w Skjeggedal o szóstej rano. Skandynawia w lipcu potrafi zaskoczyć — zamiast chłodnego norweskiego poranka dostaliśmy dwadzieścia siedem stopni i słońce bijące prosto w twarz. Powietrze stało w miejscu, ciężkie i zupełnie nie z tej szerokości geograficznej. Plecaki załadowane po brzegi — namiot, śpiwory, jedzenie na dwa dni, kiełbasa na postój w połowie i butelki wody, których — jak się szybko okazało — było stanowczo za mało.
W kieszonkę przednią plecaka wsunął się Plush. Nie maskotka — izotonik. Butelka pomarańczowego izotoniku, którą ochrzciliśmy Plushem gdzieś na początku podróżowania razem i która od tej pory jedzie wszędzie. Jest na każdym zdjęciu szczytowym, była w Gruzji, teraz szła na Trolltungę. Ktoś na szlaku zapytał poważnie, czy to nasz przewodnik. Odpowiedzieliśmy, że ratownik. Bo tak właśnie było — kiedy nogi chciały stanąć, jeden łyk Plusha przypominał ciału, po co tu przyszło.
Po dwóch godzinach teren zmienił się radykalnie. Drzewa zostały za nami. Przed nami — otwarte plateau, skały i pierwsze płaty śniegu. W lipcu. Trzydzieści minut wcześniej ocierałam pot z czoła; teraz stałam po kostki w śniegu i zastanawiałam się, jak jedno i drugie może istnieć w tym samym miejscu tego samego dnia.
Najlepsze były potoki. Woda lodowata, prosto ze śniegu — przezroczysta tak, że kamienie na dnie wyglądały jak pod szkłem powiększającym. Za pierwszym razem balansowaliśmy ostrożnie na kamieniach. Przy trzecim — wchodziliśmy bez słowa, bo buty i tak były mokre od godziny. Zimno uderzało w stopy jak prąd i przez moment — dosłownie jeden moment — nogi przestawały boleć. Reset. Restart. Chodź, jeszcze trochę.
Każde przejście przez potok było jak wciśnięcie przycisku od nowa. Zimno kasowało zmęczenie na czas potrzebny, żeby o nim zapomnieć.
— gdzieś w połowie szlaku, mokre skarpety, szczęśliwa mina
Na jednym ze stromych podejść śnieg sięgał po kolana. Bez raków, bez kijków — tylko ciało i upór. Tor przeszkód w słońcu, pot na plecach i biel pod butami w tej samej chwili. Wyglądaliśmy pewnie absurdalnie. Czuliśmy się jak odkrywcy.
Gdzieś w połowie szlaku, przy dużej płaskiej skale z panoramą na dolinę i fiord błyszczący daleko w dole — padliśmy. Nie dramatycznie. Po prostu usiedliśmy, zdjęliśmy plecaki i przez chwilę nie mieliśmy zamiaru wstawać. Słońce piekło w kark, nogi pulsowały miarowo i nieprzyjemnie. W plecaku czekała kiełbasa.
Kiełbasa krojona scyzorykiem na norweskim plateau — to był najlepszy posiłek tamtego lata. Może kilku lat. Jedzenie, które smakuje inaczej, bo się na nie zasłużyło. Każdy kęs — proporcjonalny do pokonanego metra wzniesienia. Żadna restauracja tego nie powtórzy.
Wyjęliśmy Plusha. Postawiliśmy go na skale obok kiełbasy, fiord w tle, słońce w kadrze. Kilkoro turystów zatrzymało się i zapytało, co robimy. Kiedy wytłumaczyliśmy, jeden Norweg kiwnął głową poważnie i powiedział, że to „sensible". Nie wiadomo, czy mówił o izotoniku, czy o tradycji. Oby o obu.
Po trzydziestu minutach i ostatnim łyku Plusha — wstaliśmy. Coś w ciele się przestawiło. Nogi dalej bolały, ale jakby z większą zgodą na to. Ruszaliśmy w górę.
Stanęliśmy na Trolltundze wieczorem. Słońce zaczęło opadać za grzbiet gór po drugiej stronie Hardangerfjordu, malując wodę naraz na złoto i różowo. Cień Języka Trola wydłużał się powoli w dół przepaści. Powietrze było nieruchome. Cisza taka, że słyszałam własny oddech.
Usiedliśmy na skale i wyjęliśmy jedzenie. Budyń wymieszany z musli — brzmi dziwnie, smakuje jak nagroda. Zimny, kleisty, trochę za słodki i absolutnie doskonały po ośmiu godzinach marszu. Jedliśmy łyżkami turystycznymi, patrząc na fiord pięćset metrów pod nami. Nikt się nie odzywał, bo nie było potrzeby.
Budyń z musli na Trolltundze przy zachodzie słońca. Nie ma lepszego posiłku na świecie. To zdanie brzmi absurdalnie i jest absolutną prawdą.
— Trolltunga, 1 100 m n.p.m., pełne brzuchy, cisza
Plush siedział na krawędzi skały, wychylony lekko nad przepaścią. Zrobiliśmy mu zdjęcie z zachodem słońca — pomarańczowe niebo, złota woda, izotonik na końcu świata. Potem zdjęcie nam dwojgu. Potem jeszcze raz, bo pierwsze było rozmazane. Potem odłożyliśmy aparat i po prostu byliśmy — bo niektóre widoki są ważniejsze niż ich dokumentacja.
Nie schodziliśmy. Tak był plan od początku — nocleg w namiocie rozbitym bezpośrednio nad Językiem Trola, kilkadziesiąt metrów od krawędzi. Kiedy inni turyści ruszyli w dół, my wyjęliśmy namiot.
Rozbiliśmy go na płaskiej skale, kiedy słońce już dotykało gór na horyzoncie. Widok z wejścia — Hardangerfjord rozciągający się na cały horyzont, woda ciemniejąca z każdą minutą, niebo przechodzące przez wszystkie odcienie pomarańczu i granatu — to był jeden z tych widoków, przy których człowiek rozumie, po co w ogóle wychodzi z domu.
Kiedy zrobiło się ciemno, wyjęliśmy kuksę. Drewniana kubka, ciepła w dłoniach, napój parujący w chłodnym już powietrzu. Uderzyliśmy o siebie kuksy — głuchy, ciepły dźwięk drewna o drewno — i wznieśliśmy toast. Za Trolltungę. Za nogi, które dały radę, kiedy głowa już chciała wracać. Za budyń z musli i lodowate potoki. Za Plusha. Za nas.
Dźwięk kuksy bijącej toast nad śpiącym fiordem. Ciemność dookoła, namiot za plecami — poczucie, że jest się dokładnie tam, gdzie być powinno.
— noc nad Trolltungą, kuksa w dłoni, gwiazdy nad fiordem
Spaliśmy źle — skała twarda, wiatr szarpał namiotem co jakiś czas. Budziliśmy się kilka razy. Za każdym przez szczelinę zamka widać było gwiazdy albo pierwsze szare światło świtu nad pasmem gór. Nie narzekaliśmy.
Rano zjedliśmy resztę zapasów i zaczęliśmy schodzić. Cztery godziny przez ten sam śnieg, te same potoki, tę samą ścieżkę w odwrotną stronę. Na parkingu czekała cywilizacja i jeden cel: kasza z makaronem.
Kasza z makaronem z plastikowych kubków przy samochodzie w Skjeggedal — po zejściu z Trolltungi smakowała jak uczta. Zjedliśmy w milczeniu. Nogi ledwie działały. Plecaki były za ciężkie, żeby je podnosić. Było świetnie.
Odliczanie trwa. Loty potwierdzone. Ekwipunek pakowany.
Wszyscy mówią o zamku Drakuli. Przyjeżdżasz i widzisz zamek, stragan z wampirami i kolejkę. Ale za zakrętem za Branem zaczyna się już prawdziwa Rumunia — ta bez filtra, ze starymi wsiami, absurdalnym cmentarzem i drogą która dosłownie wchodzi w chmury.
Zamek Bran stoi na wzgórzu nad miejscowością tak samo nazwaną i jest dokładnie tym, czego się spodziewasz — i czymś zupełnie innym. Budowla jest mniejsza niż na zdjęciach, wokół pełno straganów z plastikowymi kłami, a kolejka do kasy wije się między magnety na lodówkę z Draculą. I mimo tego wszystkiego — kiedy wychodzisz na dziedziniec i patrzysz na wieże na tle karpackiego nieba — coś gra.
Bran to nie tyle zamek Drakuli (Vlad Palownik prawdopodobnie nigdy tu długo nie mieszkał), ile XIV-wieczna twierdza strażnicza z labiryntem komnat, skrzypiącymi schodami i podwójnymi ścianami kryjącymi tajne przejścia. Historia jest ciekawsza niż legenda, trzeba tylko zajrzeć dalej niż do sklepu z pamiątkami przy wejściu.
Nocowaliśmy w pensjonacie w dolinie pod zamkiem. Gospodyni — starsza Rumunka mówiąca wyłącznie po rumuńsku i rosyjsku — przyniosła nam wieczorem zupę z kocioł bez pytania i postawiła na stole butelkę Țuicy. Nie mieliśmy wyjścia. Było wyśmienite.
Wesoły Cmentarz w Săpânța na północy Rumunii to jedno z tych miejsc, które nie brzmią poważnie w przewodniku, a kiedy tam stajesz — zupełnie odbierają głos. Ponad osiemset drewnianych nagrobków, każdy ręcznie rzeźbiony i malowany jaskrawymi kolorami — niebieski, zielony, czerwony — z naiwnym obrazkiem i wierszykiem opisującym życie i śmierć konkretnej osoby.
Jeden nagrobek pokazuje mężczyznę jadącego traktorem, bo trafił pod inny. Inny — kobietę z igłą i nitką, bo całe życie szyła. Są nagrobki wojskowe, dziecięce, kobiet, którym mężowie pili. Każdy inny, każdy szczery do bólu. Ion Stan Pătraș, twórca pierwszych rzeźb, zaczął tę tradycję w 1935 roku i kontynuował ją przez pół wieku. Po jego śmierci kamieniarze robią to dalej.
Siedzieliśmy na ławce przy bramie przez prawie godzinę, czytając na zmianę kolejne wierszyki (z telefonem i tłumaczem) i raz po raz wybuchając śmiechem albo milcząc. To jedno z tych miejsc, które przekonują, że kultura umierania może być łagodna.
Nagrobek ze złotymi literami: „Lubiłem wódkę i kobiety, a żona mi nie wierzyła. Miała rację." Pod spodem data śmierci i imię. Całkowicie poważnie.
— Săpânța, Wesoły Cmentarz, wiersz na nagrobku (wolne tłumaczenie)
Miasteczko dookoła cmentarza żyje normalnym życiem — sklep spożywczy, warzywniak, psy na drodze, stare Dacii zaparkowane bokiem. Cmentarz jest tu po prostu częścią krajobrazu, a nie atrakcją turystyczną. To robi różnicę.
Transalpina (DN67C) to oficjalnie najwyżej położona droga w Rumunii — na przełęczy Urdele wznosi się na 2 145 metrów. Nieoficjalnie to jeden z najbardziej absurdalnych kawałków asfaltu na kontynencie. Asfalt miejscami kończy się bez uprzedzenia. Owce wchodzą na środek drogi grupami. Mgła spada w pięć minut bez ostrzeżenia. I wszystko to jest całkowicie w porządku.
Jechaliśmy samochodem od strony Novaci — najpierw przez pola, potem przez lasy bukowe, potem przez kosodrzewinę, potem przez nic. Krajobraz za oknem zmieniał się co dwadzieścia minut jak slajdy na prezentacji. Nie było barierek ochronnych przez długi czas. Przepaść po prawej. Przepaść po lewej. Owce przed.
Zatrzymaliśmy się na szczycie przy małym barze z termosami — jedynym punkcie gastronomicznym przez dziesiątki kilometrów. Herbata z termosu, wiatr który przewracał kubki, widok na trzy doliny naraz i chmury przesuwające się poniżej nas. Zapłaciliśmy pięć lejów i siedzieliśmy tam dobre pół godziny nie chcąc jechać dalej.
Chmury były poniżej nas. Dosłownie — po lewej stronie drogi patrzyliśmy w dół na ich wierzch. To jest jedno z tych zdań, które brzmią literacko i są po prostu opisem rzeczywistości.
— przełęcz Urdele, 2 145 m n.p.m., herbata z termosu
Zjazd po drugiej stronie był równie dramatyczny — serpentyną przez las, z widokiem na dolinę która wyglądała jak modeltoy. Rumunia jest krajem do którego się wraca, bo za każdym razem jest coś czego się nie spodziewałeś. I zwykle to coś jest lepsze niż to, na co jechałeś.
Albańskie Alpy, zepsuty alternator w Sarajewie i zachód słońca nad Dubrownikiem.
Był plan. Albania pieszo, Bośnia z Sarajewem, Chorwacja na koniec z Dubrownikiem i lotem do domu. Plan działał przez osiem dni. Potem alternator w samochodzie postanowił że ma już dość i wyprawa stała się czymś zupełnie innym — i znacznie lepszym.
Theth to wioska w północnej Albanii w sercu Albańskich Alp — i żeby tam dojechać, trzeba pokonać drogę którą Google Maps opisuje ostrożnie jako "droga nieutwardzona" co jest takim samym niedopowiedzeniem jak nazwanie Atlantyku "mokrym miejscem". Droga do Theth to pięćdziesiąt kilometrów kamienistej ścieżki górskiej po której przejeżdżają wyłącznie terenówki i muły. My jechaliśmy normalnym hatchbackiem.
Wioska leży na dnie wąwozu otoczonego ośnieżonymi szczytami — Prokletije, Przeklęte Góry, jak je nazywają Albańczycy i Serbowie, i nazwa jest trafna. Surowe, skaliste, bez litości. I absolutnie piękne. Dolina ma zasięg wyłącznie od jednego operatora przez dwie godziny dziennie. Nie mieliśmy tego operatora. Było rewelacyjnie.
Trzy dni w Theth — trekking do wodospadu Grunas, wejście na przełęcz Valbona Pass (1 796 m) z widokiem na dwie doliny naraz, i wieczory w gościnie u rodziny która gotowała na ogniu i podawała byrek z serem owczym na tacy wielkości drzwi od samochodu. Albańska gościnność jest ciepła do stopnia który trudno opisać, nie brzmiąc sentymentalnie.
Do Sarajewa dotarliśmy ósmego dnia po zejściu z albańskich gór przez Szkodër i przeprawę przez Czarnogórę. Samochód prowadził się dziwnie od jakiegoś czasu — trochę ciężej niż powinien, jakby tracił energię — ale zignoraliśmy to. Sarajewo jest piękne i chcieliśmy chodzić pieszo.
Wieczorem, wychodząc z knajpy w Baščaršiji z bosanskim ćevapem w żołądku, samochód nie chciał odpalić. Akumulator padł w czasie kolacji. Diagnoza warsztatowa następnego ranka: alternator martwy od minimum trzech dni. Jeździliśmy na samym akumulatorze i mieliśmy szczęście, że padł w mieście a nie na górskiej drodze w Albanii.
Mehmed, mechanik z warsztatu przy ulicy Bistrik, miał alternator do naszego silnika — co jest małym cudem — i naprawił go przez dobre siedem godzin. W tym czasie przeszliśmy Sarajewo wzdłuż i wszerz. Aleja Snajperów. Tunel pod lotniskiem — jedyna droga zaopatrzenia podczas oblężenia 1992–96. Stary rynek osmański i kawiarnie z tursijskim kawą. Sarajewo jest miastem pamiętającym zbyt wiele i noszącym to z dziwną godnością.
Mehmed dał nam klucze do biura żebyśmy mogli naładować telefony i zrobił herbatę. Powiedział: „W Sarajewie goście nie czekają na ulicy." Naprawiony alternator kosztował sto siedemdziesiąt euro. Sarajewo pozostało za darmo.
— warsztat Mehmed, ulica Bistrik, Sarajewo, dzień dziewiąty
Spędziliśmy w Sarajewie dwa dni zamiast jednego. Nie żałujemy. Czasem zepsuty alternator jest lepszym przewodnikiem niż zaplanowany itinerary.
Dubrownik przywitał nas korkiem. Nie drogowym — ludzkim. Lato, port wycieczkowy, siedem statków cumujących równocześnie, kilkadziesiąt tysięcy turystów na kilometrze kwadratowym kamiennych uliczek. Przez pierwszą godzinę myśleliśmy że przyjechaliśmy za późno i za daleko i że Game of Thrones zniszczył to miasto.
Potem skończyły się statki, zrobiło się późne popołudnie i miasto zmieniło twarz. Mury o złotej godzinie, kiedy słońce bije przez adriatyckie powietrze i kamień muru glows tak, że przypomina bardziej film niż rzeczywistość. Siedzieliśmy na bastionie Sveti Ivan z nóżkami zwisającymi nad Adriatykiem i jedliśmy śliwki kupione na targu.
Wieczorem miasto należało znowu do ludzi. Restauracje pełne, muzyka z kawiarni przy Starym Porcie, koty siedzące na schodach przy Jezuitach. Zjedliśmy grillowaną rizbę i wypiliśmy ostatnie wino wyprawy. Następnego dnia o szóstej rano lot do Warszawy.
W samolocie patrzyłam na morze pod nami i myślałam o Theth, o Mehmedzie, o altarnatorze, o Sarajewie które pamiąta. I o tym, że najlepsze wyprawy to te które wyglądają jak seria katastrof z perspektywy SMS-ów do rodziny, a z perspektywy pamięci — jak seria szczęśliwych wypadków.
Odliczanie trwa. Loty potwierdzone. Ekwipunek pakowany.